Rakiety

Pamiętam jak kilka lat temu, na jednym z naszych rzeszowskich spotkań z przyjaciółmi (zaprawionymi w bojach górskimi wędrowcami) dyskutowaliśmy o akcjach ratunkowych GOPR, o zasadności wzywania pomocy w Bieszczadach, o tym że tam nie da się zgubić na poważnie. A nawet jeśli się zgubisz, to mając kompas i mapę zawsze sobie jakoś poradzisz i po prostu poruszając się w jednym [najlepiej właściwym] kierunku w ciągu 2-3 godzin dojdziesz do jakichś zabudowań.

A co, jeśli przypadkiem dojdziesz na Ukrainę?

Pamiętam jak dziś, jak śmialiśmy się z grupy turystów, która zgubiła się w zimie bodajże na Połoninie Caryńskiej, a po wykonaniu telefonu do GOPR okazało się, że szlak jest kilka metrów od nich. Dziś mogę to skwitować krótko – nie oceniaj dopóki sam się w podobnej sytuacji nie znajdziesz. Nawet jeśli jesteś dobrze przygotowany do zimowej wędrówki po górach, możesz trafić na bardzo ciężkie warunki, które postawią pod znakiem zapytania Twoje bezpieczeństwo. A jeśli znajdziesz się w trudnej sytuacji, to nie wahaj się, tylko dzwoń pod +48 601 100 300 lub 985, bo GOPR jest dla ludzi i czasem lepiej jest przyznać samemu przed sobą – „nie wiem gdzie jestem”, niż zgrywać bohatera.

To była jednodniowa wędrówka, szlakiem tak banalnym, że chyba bardziej banalnego wyobrazić sobie nie można. Czerwonym szlakiem Ustrzyki Górne > Szeroki Wierch > Tarniczka > i w dół niebieskim do Wołosatego.

Było nas dwoje.

Zima.

Temperatura lekko poniżej zera. W najgorszym momencie mogło spaść do -5 stopni, ale nie sądzę, żeby było niżej.

Silny wiatr, ale bez przesady. Doświadczałam silniejszych, np. na Babiej Górze (zresztą też zimą). Kto był, ten wie jak tam wieje. Więc aż tak źle nie było.

Zachmurzenie duże, widoczność powyżej granicy lasu słaba, ale też bez przesady. Było widać ok. 5 tyczek przed nami, więc całkiem nieźle.

Byliśmy przygotowani na zimowe warunki, tzn.:

  • mieliśmy rakiety,
  • mapę turystyczną + kompas,
  • dwa termosy z gorącą herbatą + kanapki, czekolady, batony,
  • czołówki,
  • byliśmy ciepło ubrani + mieliśmy dodatkowe ciepłe ubrania w plecaku,
  • buty zaimpregnowane,
  • mieliśmy smartfony z długo trzymającymi bateriami,
  • mieliśmy aplikację do określania dokładnych współrzędnych geograficznych miejsca położenia,
  • mieliśmy wpisany numer GOPR w telefonie.

Trasa bardzo dobrze znana, przechodzona wielokrotnie, w tym raz w zimowych warunkach.

Kiedy wychodziliśmy z Ustrzyk Górnych, odwilż czuć było w powietrzu. Temperatura oscylowała w okolicach zera stopni. Ciepełko. Kurtka rozpięta, wszystkie gadżety takie jak czapka czy rękawiczki w plecaku, w spodniach narciarskich lekka parówka, ścieżka przez las elegancko wydeptana.

Spotykamy jedną parę, pytamy czy bardzo wieje na górze, odpowiadają, że oni tylko do wiaty doszli, bo dalej ciut za dużo śniegu. Rakiet nie mają. Ha! My mamy!

Niedługo potem spotykamy kolejną parę idącą w przeciwnym kierunku niż my. On na skiturach, ona w rakietach. Mówią, że na górze wieje mocno i nic nie widać. Nie doszli do szczytu, zawrócili. No nic. Jak będzie źle to my też zawrócimy. Nic nas nie ściga, niczego nie musimy udowadniać ani sobie ani innym. Przejdziemy się kawałek i jak będzie źle to wrócimy do Ustrzyk po własnych śladach.

Siedząc pod wiatą, gdzie wpałaszowaliśmy drugie śniadanie, poczuliśmy pierwsze podmuchy wiatru. Do tego dość mocno sypało śniegiem. Szybka decyzja – wciągamy na siebie cieplejsze ciuszki. Polarki, czapeczki, rękawice, szaliki poszły w ruch. Kilka chwil i byliśmy zabezpieczeni przed zimnem. Rakiety na nogi i pełna gotowość do wymarszu. W ciągu tych kilku chwil, kiedy się ubieraliśmy, skostniały nam ręce. Znaczy, że mrozik się pojawił. „To co? Jeszcze po kubeczku herbatki?” – zapytał M. „Może zostawmy sobie na później, na górze możemy bardziej zmarznąć” – zaproponowałam. Kobieca intuicja?

Idąc pod górę szybko się rozgrzaliśmy. Po wyjściu poza granicę lasu rzeczywiście poczuliśmy to, o czym mówiła spotkana wcześniej pani. Troszkę wiało. Głowy nie urywało, ale już kaptur zdejmowało z niej z łatwością. Widoków tego dnia nie było szans pooglądać, ale dokładnie widzieliśmy gdzie się mamy poruszać. Tyczki robiły swoje, wytyczały nam drogę idealnie. Widzieliśmy jakieś 5 sztuk przed sobą. Szliśmy wiedzeni jak po sznurku. Naokoło pustki, nikogusieńko. Idealnie…

Oczywiście im wyżej, tym silniejszy wiatr i słabsza widoczność. Z 5 tyczek robiło się 4, potem 3, potem 2, aż wreszcie było tak, że trzeba było wytężać wzrok, żeby dostrzec choć jedną przed sobą. Ale tak było już po minięciu szczytu Szerokiego Wierchu. W pewnym momencie zdaliśmy sobie sprawę, że mgła jest tak gęsta, że widoczność sięga może 2, może 3 metrów. Musieliśmy być bardzo blisko siebie, żeby siebie widzieć. W międzyczasie jedna z rakiet M poszła w strzępy, zaczęły mu przemakać buty i, mimo ubranych grubych rękawic narciarskich, marznąć ręce.

Szliśmy właśnie przez to charakterystyczne przewężenie na Tarniczce, było wszystko ok. Co prawda nadal nie było nic widać, ale dokładnie widzieliśmy, że w lewo i w prawo jest spadek terenu. Zaraz potem zboczyliśmy ze szlaku, bo nagle zaczęliśmy się zapadać po krocza – znaczy, że weszliśmy w borówki. Krzaczki pokrywa śniegowa pierzynka, pod którą jest powietrze. Zatem jeśli postawisz na niej nogę, wpadasz. Próbujesz podeprzeć się ręką – znowu wpadasz. Trochę męczy, a jeszcze bardziej irytuje. Dobrze byłoby wrócić na szlak, tam śnieg jest ubity i twardy. On gdzieś tu musi być, przecież jeszcze przed chwilą na nim byliśmy, to musi być dosłownie o krok… ale jak go znaleźć, kiedy wokół jest jednolita biała czapa śniegu. Dwa kroki w lewo, dwa kroki w prawo… ścieżka gdzieś tu musi być. Ale nawet jeśli nie znajdziemy, to jakoś się przemęczymy, kilkanaście kroków w śniegu po uda nas nie pokona. Zaraz będzie siodło i znów trafimy na jakiś twardszy śnieg. I w tym momencie usłyszałam za sobą serię pytań i różnych propozycji: „Czy my aby na pewno w dobrym kierunku idziemy?”, „Kiedy widzieliśmy ostatnią tyczkę?”, „Może zawróćmy?”, „Daleko jeszcze do tego szczytu?” itd. „Szczyt minęliśmy dawno temu, do siodła mamy rzut beretem, zawracanie w tym momencie nie ma sensu, bo niedługo zapadnie zmrok, naszych śladów już dawno nie widać, a za naszymi plecami wcale nie ma lepszej widoczności. Musimy dojść do siodła i potem już prościutko w dół na Wołosate. Byle do granicy lasu i potem będzie już dobrze”. Szliśmy w dobrym kierunku. Wiedziałam to wtedy i wiem to teraz, po skontrolowaniu śladu GPS. Zeszliśmy ze szlaku, ale poruszaliśmy się w dobrym kierunku.

Ziarno niepewności jednak zostało zasiane i borówki zrobiły swoje. Wypatrywałam choćby delikatnie ciemniejszego śladu w białym mleku naokoło, który przypominałby tyczkę. Niestety wokół nie widziałam nic. I nagle, nie dalej niż kilka kroków od nas, po lewej stronie, wyłaniał się spod śniegu fragment drewnianej barierki ograniczającej ścieżkę. No jeeest!

Jest barierka, jesteśmy w domu. Dobrnęliśmy do niej po kolana w śniegu i postanowiliśmy naprawić rakietę. W plecaku miałam smycz. Szybciutko scyzorykiem odcięliśmy metalową końcówkę i powiązaliśmy to tu to tam. Dało się używać. M miał już całkiem skostniałe ręce.

Zaczęło się robić ciemno. Szybszym krokiem szliśmy wzdłuż wystającej nieco ponad śnieg barierki. Idziemy w dół, znaczy dobrze. Zaraz siodło i jakoś trzeba będzie wyczuć szlak na Wołosate. Ale barierka szybko się skończyła. Szliśmy dalej w tym samym kierunku. Po chwili pojawił się fragmencik kolejnego ogranicznika ścieżki, ułożonego prawie pod kątem prostym względem naszego kierunku marszu. Okej. Trzymajmy się ścieżki. Skręciliśmy więc w prawo, a potem to już nie wiem… mój błędnik w tym mleku całkiem zwariował.

Minęło kilkanaście minut, a my ciągle szliśmy w dół. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że coś jest nie tak. Już dawno temu powinniśmy trafić na wypłaszczenie. Nie poznawałam tego terenu. Ale szliśmy jeszcze kawałek. Jeszcze kilka kroków. „Tylko do tego wzgórka i za nim na pewno już coś zobaczymy.” Za wzgórkiem była prawie pionowa ściana w dół. Po prawej mieliśmy las, po lewej i za sobą mieliśmy gęste mleko. „Nie wiem gdzie jesteśmy” – powiedziałam. Nie poznawałam tego terenu. Zaczęłam czuć niepokój.

Było już wtedy prawie zupełnie ciemno, wiatr wzmógł się, temperatura spadła, a przynajmniej takie mieliśmy wrażenie. Błyskawiczna myśl „co robić?”. Najgorsze w tym wszystkim było to, że ja miałam 70% pewność względem naszego położenia, tylko zupełnie ten teren mi nie pasował… Ale z drugiej strony miałam świadomość, że mogę się mylić. Już niczego nie byłam pewna.

W gęstej mgle nie byłam w stanie ocenić odległości, kierunku, nie wiedziałam, w którym momencie popełniłam błąd. Wiedziałam tylko jedno – jesteśmy co najwyżej kilkadziesiąt metrów od szlaku. Jest w zasięgu kilkunastu kroków. Trzeba go tylko odszukać. Wyciągnęliśmy nasze urządzenia. Zasięgu polskiego GSM brak (a mieliśmy karty Play, Plus, T-Mobile), o internecie nie wspominając. Nie mamy ani jednej mapy offline w telefonach. Internet ukraiński też jak na złość nie chce chodzić. Mapy, które mamy wczytane w smartfonach niewiele pomagają, tu przydałaby się mapa turystyczna, na którą udałoby się nałożyć nasze położenie, które odczytaliśmy za pomocą aplikacji. Google Maps, bez szansy doczytania szczegółów, w tym miejscu wyglądał jak motyw moro, niewiele mówiący. Współrzędne, które uzyskaliśmy nie pokrywały się z zapisem na mapie papierowej – były zapisane za pomocą innej notacji. Do tego wszystkiego dochodziło rosnące zdenerwowanie i wzmagający się zimny wiatr.

M zaproponował, żeby zadzwonić do GOPR’owców. Nie chciałam, czułam, że jeszcze uda się wrócić na właściwy trop, a poza tym GOPR jest tylko dla mięczaków i tzw. „zielonych”, co chodzą po górach w szpilkach czy innych baletkach. Upierał się, więc korzystając z sieci ukraińskiej zadzwoniłam. Chcieliśmy jedynie, aby po współrzędnych określili gdzie jesteśmy i powiedzieli, w którym kierunku i mniej więcej w jakiej odległości od nas jest szlak. I tyle. Nie chcieliśmy, aby po nas przychodzili, bo czuliśmy, że jesteśmy w stanie dojść do Wołosatego.

Gdy dzwoniłam, była godzina 17:00 (przeprawa przez borówki, plus reaktywowanie rakiety M, plus szukanie położenia trochę trwało). Zgłosiła się centrala. Wypytali o to gdzie mniej więcej jesteśmy, spisali nasze nazwiska i kazali czekać na telefon od bieszczadzkich ratowników. Telefon zadzwonił po ok. 2 minutach. Wyjaśniłam całą sytuację, powiedziałam, że jesteśmy gdzieś w okolicy Tarnicy, ale nie wiemy dokładnie gdzie, że chcemy zejść do Wołosatego, że znamy dokładne współrzędne i że prosimy, aby nas zlokalizowali i powiedzieli, w którym kierunku się poruszać i mniej więcej ile metrów, aby trafić na szlak.

Podaliśmy współrzędne: N 49.08006 E 22.73108 (DD)

– „Coś jest nie tak, podaj jeszcze raz” – usłyszałam w słuchawce. No to lecimy. Podałam raz jeszcze.

– „Pokazuje mi, że jesteście na Ukrainie”

– „Co, u licha? Na jakiej Ukrainie? Do Ukrainy mamy jeszcze kawał drogi”. M wyjaśnił dyżurnemu, że to jest notacja DD i że być może musi to przekonwertować na tą, której używa jego system. Rozłączyliśmy się, miał to sprawdzić i oddzwonić.

W tym momencie zaczęłam się już bać. Irracjonalna myśl, ale czy to możliwe, że doszliśmy na Ukrainę? Może Szeroki Wierch to wcale nie był Szeroki Wierch, a Tarniczka Tarniczką nie była? I jak będzie wyglądała cała procedura, jeśli rzeczywiście jesteśmy na Ukrainie? Przecież tam już nie działa ubezpieczenie europejskie. Trzeba czym prędzej wrócić po naszych śladach na grzbiet. Różne absurdalne myśli przychodziły mi do głowy. Mi przynajmniej było ciepło, a M marzł coraz bardziej. Zeszliśmy kawałeczek w dół, aby przytulić się do lasu i osłonić od wiatru. Znaleźliśmy cichy zakątek między drzewami, gdzie zupełnie nie wiało. Zarządziłam „aerobik”: przysiady, wymachy ramion, boksowanie. Dla ogrzania atmosfery zaczęłam śpiewać „Jesteśmy na wczasach, w tych góralskich lasach…”. Ciemna noc, gęsta mgła, gdyby nie czołówki, niczego nie byłoby widać.

W międzyczasie odbyliśmy jeszcze kilka rozmów z ratownikiem. Okazało się, że system GOPR nie umiał przetworzyć notacji DD prawidłowo. Zaczęliśmy  więc szukać innej notacji w innych aplikacjach które mieliśmy (m.in. w nawigacjach samochodowych). Podaliśmy dwie kolejne:

N 49°4’48” E 22°43’51” (DMS)

N 49°4.8036′ E 22°43.8648′ (DM)

Wszystkie trzy sposoby zapisu określają jeden punkt, ale jak się później okazało, system GOPR przetwarza tylko ten ostatni zapis. W momencie, kiedy wysłaliśmy im ostatniego smsa, ekipa ratowników była już w drodze do nas. Dostaliśmy polecenie nie ruszania się z miejsca, okrycia się kocem termicznym i czekania na nich. Co jakiś czas ratownik z dyżurki dzwonił do nas sprawdzić jak się czujemy i informował gdzie są ratownicy terenowi. Czuliśmy się dobrze. Aerobik robił swoje. Zrobiliśmy użytek z kanapek, batonów i… gorącej herbaty, którą udało mi się zachomikować.

Po jakimś czasie usłyszeliśmy nawoływania, zobaczyliśmy światła latarek. Wspólnie wróciliśmy po śladach na Tarniczkę. Pokazali nam gdzie popełniliśmy błąd (dokładnie w tym miejscu, w którym spod śniegu wyłoniła się barierka po lewej stronie). Na Tarniczce był nawis śnieżny, przez co utworzyła się bardzo stroma ściana, po której zeszliśmy na siodło, a następnie do Wołosatego.

Wszystko skończyło się dobrze. Akcja zakończyła się o godzinie 21:30. W mojej ocenie przebiegła bardzo sprawnie. Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to nieznajomość trzech notacji współrzędnych i brak umiejętności ich przekonwertowania.

Niedługo potem spotkaliśmy się wszyscy w Zajeździe i rozmawialiśmy do późnych godzin nocnych. Bardzo długo czułam wstyd w związku z całą tą sytuacją. Ale po usłyszeniu kilku opowieści z ust ratowników zdałam sobie sprawę, że dobrze się stało, jak się stało. I jeszcze raz powtórzę – GOPR jest dla ludzi. I jeśli czujesz, że straciłeś kontrolę, lepiej zadzwonić niż udowadniać sobie, że jesteś bohaterem. Mnóstwo było takich, co nie zadzwonili. Ich historie mogą opowiedzieć Ci ratownicy…

Ten wpis ma 61 komentarzy

    1. Przy opadach śniegu i ograniczonej widzialności urządzenie nawigacyjne z mapą daje komfort (cały czas wiem gdzie jestem), pozwala zaoszczędzić siły i czas (także GOPR-owców). Problem zasilania łatwo rozwiązać power-bankiem z kabelkiem. Wystarczy prądu na kilka dni. Najczęściej jest tak, że ci „twardziele”, którzy GPS-a nie potrzebują, nie znaleźli się jeszcze w warunkach podobnych do tych, które tu opisano lub nie potrafią z niego dobrze skorzystać. To tak jak z nawigacją w samochodzie, znam drogę, a i tak używam GPS, bo mogę ominąć korki. Oczywiście tradycyjną mapę i kompas też warto mieć ze sobą. Interesujący artykuł.

  1. Ludki 🙂 Jak nie macie map offline, to komóreczki wam nic nie pomogą, nawet jakbyście mieli nieskończone akumulatory…

    1. Chodzimy po górach regularnie od 10 lat. W różnych warunkach atmosferycznych. Do tej pory wystarczała nam mapa papierowa i naprawdę nie było potrzeby używania jakichkolwiek map elektronicznych. Wiele ludzie dużo bardziej od nas doświadczonych w ogóle nie uznaje map elektronicznych. Mapa papierowa + kompas wg. nich są wystarczające. A pojemna bateria pomaga właśnie w sytuacjach zagrożenia. Bo gdybyśmy mieli jeden z popularnych smartfonów, z baterią o pojemności 2000 mAh, wezwanie pomocy i pozostawanie w stałym kontakcie z ratownikami byłoby dużo trudniejsze.

    2. To wygląda jak lokowanie produktu. Dla przykładu Xperia Z ma możliwość włączenia trybu Stamina lub Ultra Stamina na których bateria może wytrzymać baaaardzooo dłuuugggooo.

  2. Błędy widoczne od razu:
    brak mapy offline – żenujące
    późne wyjście – pary wracające już jak wy szliście do góry was nie ruszyły?
    brak przygotowania zimowego – cóż rakiety i pierdylion aplikacji jak chłopaczyna zmarzł?

    1. 1/ Nie widzę tu nic żenującego. Mieliśmy mapę papierową.
      2/ Co do wyjścia – jedni wychodzą o 7 rano, inni o 9. Ci drudzy spotykają tych pierwszych wracających i wcale nie świadczy to o późnym wyjściu. Poza tym, pierwsza para, którą spotkaliśmy, wyszła tylko na spacer do lasu, nie wyszli nawet powyżej wiaty. Druga para wyszła tylko z lasu i wróciła. Ich spacery były znacznie krótsze od naszych, więc nie szłabym w tego typu domniemania.
      3/ To akurat zależy od wielu czynników – przemiany materii, przemoknięcia ubrań, co w tym przypadku miało miejsce. W takich warunkach to norma. Mokry śnieg szoruje odzież jak pumeks i często nawet solidna impregnacja nie pomaga

    2. Wiesz jest takie powiedzenie: ekspert – człowiek, który popełnił wszystkie możliwe błędy 🙂
      Grunt, że wszystko się dobrze skończyło, Maciek i Natalia mogli to opisać a inni mogą to przeczytać. Być może ktoś na tym skorzysta i kiedyś oszczędzi trochę zdrowia i nerwów a może coś więcej.

  3. Fajnie się doradza, jak się siedzi przed komputerem i nigdy się w takiej ani podobnej sytuacji nie było. Fajnie sobie poradziliście, szacun!

  4. >Zasięgu polskiego GSM brak (a mieliśmy karty Play, Plus, T-Mobile),

    jak udało wam się zadzwonić po ratowników?

  5. Tak jak pisałem we wczorajszym komentarzu (nie wiem co się z nim stało). Polecam do map offline – OziExplorer z przygotowanymi własnymi topograficznymi mapami, czy to „zakupione” Compassa, czy skalibrowane z GeoPortal’u.
    Co do konwertowania stopni.
    N 49.08006 E 22.73108
    49° 0.08006 * 60 = 4.8036
    49°4.8036′
    49°4′ 0.8036 * 60 = 48.216″
    49°4’48.216″
    W drugą stronę poprzez dzielenie.
    Wcale nie jestem zdziwiony, że może dojść do takiej sytuacji, ale dobrze jest wypróbować nowy sprzęt w warunkach, w których będzie używany przed wyprawą.
    Pozdrawiam i życzę intensywnego czerpania tego co dają Wam góry.

  6. Z Twojej historii płynie taka nauka, że przed wyjściem w trasę warto sobie skalibrować wyposażenie: odczytać współrzędne z GPS, odnaleźć położenie na mapie papierowej i sprawdzić zgodność z położeniem faktycznym.

    Druga sprawa, to po GOPR można by oczekiwać lepszego ogarnięcia formatów współrzędnych GPS – powinni umieć rozpoznać, co podaje im rozmówca, umieć przeliczyć, a w razie wątpliwości – wiedzieć jak dopytać tak, by mieć pewność.

    1. Zgadza się. Dużo nas na przygoda nauczyła. Każdą tego typu aplikację trzeba wcześniej sprawdzić i przetestować jej użyteczność. Bo potem w górach, wietrze i mrozie nie ma czasu na przestawianie parametrów, dociąganie map i szukanie alternatywnych sposobów.

    2. Nic tak nie uczy, jak własne błędy. Dobrze, że nic się Wam nie stało.
      Następnym razem zadbajcie o te mapy offline i jak będzie mieć mapę papierową. To przed wyjściem w teren skorelujcie ją z posiadanym systemem GPS. 🙂

  7. Android z mapsme albo osmand+ a najlepiej obie (wersja platna razem za obie apki kolo 30zl jednorazowo). Sam się w zeszłym roku zguybiłem schodząc ze szlaku i mapsme uratowala mi tylek. do tego dobrze miec wodoodporny lub dobrze zabezpieczony telefon z dobra bateria. albo mozna kupic reczna ladowarke. Pol godz krecenia i mozesz wykonac 5min tel do gopru

  8. Oczywiście powinniście mieć aplikację, która podaje współrzędne w takim samym systemie jak mieliście mapę. Przećwiczyć „zgubienie się” w domu a nie już w górach szukać. Ponadto zawsze wydawało mi się, że dyżurny GOPRowiec to jest człowiek, który potrafi przeliczyć współrzędne z jednego systemu na drugi, i podać je turyście jeżeli jest taka potrzeba. A nie że zmarznięty turysta musi szukać różnych aplikacji na swoim smartfonie. Gdyby tak było, podaliby Wam współrzędne odpowiednie do mapy i sami byście wrócili.

  9. Błędy widoczne, choć ciężko oceniać nie będąc w tej sytuacji, ale duży plus za odwage za napisanie tego tekstu.
    Na przyszłość można dołożyć do wyposażenia zimowego ogrzewacze chemiczne – lekkie i skuteczne.

  10. Nowela fajna, nawet buduje napięcie. Mozna to potem przy herbacie z rumem pod Babią wspominać. Lecz jeśli chodzi o przeliczanie długości i szerokości od zapisu dziesietnego do minuto-sekundowego to nawet konwersją tego za bardzo nazwać nie można. Wystarczy do tego kalkulator lub kartka i długopis, a co bardziej sprawnym matematycznie własna pamięć. Możecie mieć o to pretensje do ratowników, ale sami nawet w stresie powinniście tez umieć to zrobić, bo to zadanie na poziomie ośmioklasowej szkoły podstawowej.
    Niemniej jest to pouczające dla Was i dla innych na przyszlość, że nadmierne przywiązanie do techniki a’la smartfon bardzo ogłupia.
    Powodzenia następnym razem.

  11. „mieliśmy aplikację do określania dokładnych współrzędnych geograficznych miejsca położenia” – czy moglibyscie polecic jakies dobre (oprocz tych wspomnianych w komentarzach)?

  12. Zdjęcia z tej wyprawy oraz naszego psiego przewodnika, który dołączył się do nas w Wetlinie można zobaczyć tutaj: http://tuwypoczniesz.pl/galeria-zdjec/241-bieszczady-zima.html

    Pies bardzo nam pomógł. Szlak był nie przetarty, a drzewa praktycznie całkiem okryte szadzią (co widać na zdjęciach) przez co nie było widać oznaczeń na drzewach. Pies czuł pod śniegiem, ścieżkę i jak się później okazało idealnie prowadził nas po szlaku. Szedł pierwszy więc trochę go przecierał oraz mam wrażenie wybierał miejsca z mniejszą ilością śniegu. Cudowny kompan w tej wyprawie.

  13. Przynajmniej jest o czym pisać, ale tak na poważnie to podziwiam, ze zachowałaś zimną krew. Góry to nie przelewki, nie mogę się nadziwić, jak potrafią się zmieniać z godziny na godzinę.

  14. Uwielbiam czytać takie komentarze czytelników, którzy uważają się za najmądrzejszych na świecie.

    Co nie zmienia faktu, że zabranie ze sobą kuchenki turystycznej z gazowym kartuszem na pewno by Wam nie zaszkodziło. 😉

    1. Sam się niewiele znasz a ironicznie piszesz o „mądrości” innych.

      Otóż kartusz gazowy w zimie prawie nie chce się palić, zwłaszcza w niewysokich górach jakimi są Bieszczady. Gaz marznie i się nie chce rozprężać. No chyba, że ktoś używa propanu…

    2. Zamiast brać kuchenkę benzynową, bawić się z jej prymowaniem, potem gotowaniem itd. chyba lepiej wziąć dodatkowy termos z herbatą 😉 Wagowo wyjdzie to samo (masa benzynowej kuchenki = masa pustego termosu) a ile wygodniej 🙂

    1. Sprawdzałem wielokrotnie i naprawdę pali się kiepsko. Wystarczy -1 i już pali się jak świeczka a nie palnik. W górach wyższych ten problem nie występuje bo jest niższe ciśnienie. Potwierdzają to opinie z forów internetowych. Myślisz że po co wymyślono kuchenki benzynowe? Niektórzy też leją do kartuszy czysty propan 😉

  15. Relacja fajnie opisana ale …
    Ja także używam map papierowych i nie jestem wstanie zgubić się gdy jest widoczność. Jednak przy braku widoczności mapy ofline to podstawa i one są użyteczne nie tylko we mgle a le także w lesie czy pośród sieci lokalnych nieoznakowanych dróg.
    Po drugie wędrowanie zimą wymaga przystosowania się do sytuacji ekstremalnych, gwałtownych i nieprzewidywalnych. Tym samym trzeba być przygotowanym do awaryjnego biwaku więc namiot i śpiwory to podstawa. Dobrze jest mieć także kuchenkę gdyż z termosu herbata bardzo szybko ubywa już przy lekkim mrozie.

    1. Namiot, śpiwór, kuchenka? Ile to razem waży?! Lepiej iść na lekko i przejść to co się zamierzało niż dociążać plecak sprzętem biwakowym „na wszelki wypadek” i nie dać rady, musieć biwakować. Bez przesady, to nie są wysokie góry z dala od cywilizacji! Przypominam też, że Bieszczady to Park Narodowy, nie wolno biwakować. Jako elementy bezpieczeństwa polecam zabierać kurtkę puchową, duży dobry termos, kawałek karrimaty (poddupnik), ogrzewacze chemiczne i worek ratunkowy (taki z folii NRC) – to jest zestaw na awaryjny biwak, ale naprawdę awaryjny a nie komfortowy w namiocie i śpiworze.

  16. No cóż, mam wrażenie, że za dużo elektroniki i wiary w nią.
    Ponadto to co napisał poprzednik.
    Na szczęście wszystko wyszło ok.
    Pozdrawiam. Rafał K.

  17. ja używam Orux Maps. Można wgrać wcześniej mapy. Z doświadczenia wiem, że cąlkiem dobrze sa tam pokazane szlaki i zgadzają się z tym co jest w terenie.

  18. o tym jak błędnik w zimowej mgle pod Tarnicą może zwariować też coś wiem… nigdy nie sądziłam, że tak można stracić orientację znając przecież tak dobrze teren. My mieliśmy wtedy trochę więcej szczęścia i udalo się na szlak wrócić i zejść nim do Wołosatego, ale czuję tą historię jakby była moja. Pozdrawiam

  19. Całe lata temu wybraliśmy się we trzech zimą w Bieszczady, era przedkomórkowa albo wczesnokomórkowa, mapę zdaje się, że mieliśmy, a na pewno zaufanie do jednego z kolegów, który Bieszczady ma w paluszku. Tzn. miał mieć. Kiedy już na dobre się zgubiliśmy przyznał, że zna ale z opowieści jakiegoś znajomka. Wcześniej oddaliśmy część herbaty, dla wyziębniętego dziecka, którego ojciec o to poprosił, w zamian dając czekoladę. Co mieliśmy na sobie nie pamiętam, w tamtych czasach miałem buty zimowe i letnie więc pewnie w zimowych byłem, reszta podobnie. Mgły nie było ale w śniegu na zboczach prawie cali się chowaliśmy. To irytujące zapadanie się co chwilę i odczucie, jakby mózg obijał się o czaszkę (pewnie niektórzy powiedzą, że ze względu na znikomy rozmiar:) było tragicznie wykańczające. Szybko zrobiło się ciemno a my brnęliśmy gdzieś przed siebie, skrajnie wyczerpani mieliśmy ochotę na najmniejszą choć chwilę snu, który pewnie trwałby do dzisiaj, gdyby nie to, że jeszcze jakoś nawzajem się popędzaliśmy. Pojawiły się omamy zarówno wzrokowe, jak i słuchowe, w całkowitej ciemności wyobraźnia zaczęła płatać figle. Po długim czasie gdzieś pośród wiatru zaczęliśmy wyławiać szczekanie psa, które stało się naszą latarnią, na którą resztkami sił skierowaliśmy się. Na nasze szczęście nie przestawała ona świecić aż do momentu, kiedy dotarliśmy do jakiegoś schroniska. Do dziś nie wiem, które to było, była tam tylko właścicielka i jej pies. Gdy mniej więcej wytłumaczyliśmy jej kierunek z jakiego przyszliśmy stwierdziła, że nie ma tam żadnego szlaku a zimą to rejon nie do przejścia. Stamtąd jeszcze jakieś 1,5h szliśmy do naszej miejscowości. Przed tą wyprawą Bieszczady wydawały się takimi większymi pagórkami, po niej wiem, że to prawdziwe góry.

  20. Sam maialem podobna sytuacje ale pod Rawkami. Dzwonilem po GOPR, na szczescie wrocilem po swoich sladach. Mialem isc do schroniska a szedlem nie wiadomo gdzie ale chyba na Wetline.

    1. Nawigacje telefoniczne oraz tabletowe maja duze pole bledu nawet 10 – 30 m. Zawierzylem zle poszedle. Tak wiec mapa i kompas sa niezbedne. Dla korekty polozenia. Uzywanie rozumu a nie przekonanie do elektroniki.

    2. Nawigacje GPS + GLONOS turystyczne maja duzo wieksza korekcje. W Czarnochorze takie urzadzenie sie sprawdzilo, prowadzac nas w nocy kiedy szlismy trawersem. W przypadku GPS+GLONOS roznica tylko 10 m

    Reasumujac, mapa kompas + rozum + GPS – GLONOS

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *