Weekend W Beskidzie Niskim. Gładyszów

Do samego końca nie wiedzieliśmy w jakim składzie będziemy w czasie długiego weekendu. Kiedy więc okazało się, że będziemy sami, bez wahania zdecydowaliśmy się spędzić cztery wolne dni z dala od zgiełku miast, w otoczeniu przyrody i niezwykle ciepłych, przyjaznych ludzi. Na Łemkowszczyźnie. Uwielbiam takie spontany. Bez planów, harmonogramów, słów „musimy” i „powinniśmy”. Robimy to na co mamy ochotę i wtedy kiedy mamy ochotę. Uda się coś ciekawego zobaczyć – świetnie. A jeśli nie, to też dobrze. Nie ważne co, gdzie i jak. Ważne, że razem. No i po raz pierwszy we troje – z naszą małą Nadią.

Dlaczego Beskid Niski

Łemkowszczyzna to obszar rozciągający się od Bieszczadów aż po Beskid Sądecki, który wziął swoją nazwę od społeczności go zamieszkującej aż do oficjalnego końca II wojny światowej, a nawet trochę dłużej – do Akcji Wisła. Bo trzeba wiedzieć, że wojna nie skończyła się w 1945 roku, a przynajmniej nie dla wszystkich. We wschodniej i południowo-wschodniej Polsce trwała jeszcze przez kilka lat. Bandyckie sotnie (oddziały) UPA zrównały z ziemią niejedną wieś Wołynia, Roztocza, Bieszczadów i Beskidu Niskiego, i wymordowały jej mieszkańców. A to, co oszczędzili banderowcy, zlikwidowano w wyniku mniej lub bardziej zasadnych decyzji politycznych. W ten właśnie sposób wypędzono z Beskidu Niskiego Łemków – grupę etniczną, która zasiedlała ten teren od dawien dawna. Akcja Wisła spowodowała, że część łemkowskich rodzin dobrowolnie przeniosła się na Ukrainę, a część została deportowana na teren zachodniej Polski. Pozostały po nich puste chyże (drewniane chałupy), cerkwie i cmentarze, które z czasem wchłaniała natura.

Dziś, po kilkudziesięciu latach, nie ma już śladu po większości gospodarstw. Część cerkwi się zachowała, podobnie jak część cmentarnych i przydrożnych krzyży – jeśli wyjątkowo wykonane zostały z kamienia. Po kilkudziesięciu latach część mieszkańców wróciło. Niewielki odsetek. Dziś ich dzieci i wnuki kultywują dawne tradycje, w domach używają języka łemkowskiego i uczą się go także w lokalnych szkołach.

Dla mnie pobyt w Beskidzie Niskim to zawsze podróż po świecie Łemków. Tym dawnym, istniejącym tylko w mojej wyobraźni, oraz tym obecnym – pełnym ciepła, uśmiechu i ludzkiej życzliwości. To także wędrówka po miejscach historycznych bitew, po których zostały, niczym pomniki pamięci, wyjątkowe cmentarze wojenne.

Weekend w Beskidzie Niskim. Gładyszów

Gładyszów

W znalezieniu noclegu „na gwałt” pomogła mi autorka bloga Make Life Łemko. Błyskawicznie odpowiedziała na moją prośbę o zarekomendowanie agroturystyki z miłymi gospodarzami. I w ten oto sposób wylądowaliśmy w Gładyszowie. Jednej z wsi zmasakrowanych w czasie obydwu wojen, potem w wyniku napadów banderowców, a następnie wyludnionych w ramach Akcji Wisła. Część mieszkańców wróciła do swoich domów po 1956 roku, by na nowo tworzyć społeczność łemkowską.

Gładyszów stanowi świetną bazę do wyjścia na szlak, czym przyciąga zarówno miłośników pieszych wędrówek, jak i turystyki rowerowej. Znajduje się tu także spora stadnina koni. Mimo to, w długi majowy weekend spotkaliśmy tam bardzo niewielu turystów.

Weekend w Beskidzie Niskim. Gładyszów

Nasze zainteresowania ukierunkowane były jednak na innego rodzaju atrakcje, o ile w tym przypadku właściwym jest użycie tego określenia. Chcieliśmy odwiedzić pobliskie cmentarze galicyjskie z I wojny światowej i odnaleźć ruinę czasowni w dawnej wsi Banica. I w zasadzie tylko tyle. Jakoś tak podskórnie przeczuwaliśmy, że z maleńkim dzieckiem nie ma co być rozrzutnym, jeśli chodzi o planowanie jakichkolwiek aktywności.

Cmentarze galicyjskie z I wojny światowej

O galicyjskich cmentarzach wojennych wspominałam już przy okazji rowerowej wycieczki po Beskidzie Niskim. Jest ich ok. czterysta. A raczej było. Bo nie wszystkie przetrwały po dziś dzień. Wszystkie zaprojektowane przez znanych architektów, na zlecenie Oddziału Grobów Wojennych. Wszystkie zlokalizowane są w miejscach przebiegu frontu wschodniego I wojny światowej.

Wiele z tych cmentarzy, jak np. ten w Woli Cieklińskiej czy Krempnej, można uznać za dzieła sztuki. Symbolika zawarta w elementach architektonicznych skłania do zastanowienia i zadumy. Tym co mnie porusza w tych miejscach najbardziej jest fakt, że na jednym skrawku ziemi leżą ramię w ramię przedstawiciele wrogich sobie stron. Jak bracia leżą obok siebie mordercy i ich ofiary, oficerowie i szeregowi żołnierze, katolicy, prawosławni i Żydzi. Wszyscy równi w obliczu śmierci i biegu historii.

Podczas tego weekendu udało nam się odwiedzić cztery cmentarze:

  • Nr 11 w Woli Cieklińskiej
  • Nr 60 na Magurze Małastowskiej
  • Nr 56 w Smerekowcu
  • Nr 62 w Banicy

Można było więcej, ale sprawę utrudniała nam obecność dzidziusia oraz wózka, którym mimo wszystko nie byliśmy w stanie wszędzie wjechać. A trzeba wiedzieć, że galicyjskie cmentarze wojenne zlokalizowane są przeważnie w lasach, na wzgórzach.

Cmentarz wojenny nr 11 w Woli Cieklińskiej zbudowano na planie ósemki, symbolizującej nieskończoność. Spoczywa na nim 22 żołnierzy armii austro – węgierskiej, 46 przedstawicieli armii niemieckiej i tyle samo rosyjskiej. Niezwykle wymowny napis nad wejściem głosi: Wyruszyliśmy na bój, a znaleźliśmy pokój.

Cmentarz wojenny nr 60 na Magurze Małastowskiej w całości poświęcony jest poległym żołnierzom armii austro-węgierskiej. Pochowano na nim 174 żołnierzy, w tym jednego wyznania mojżeszowego. W centralnej części cmentarza znajduje się kaplica z kopią obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej oraz tablica z inskrypcją w języku niemieckim: Pamiętajcie w swoich pełnych szczęścia dniach / Że na tej ziemi gorzał zaciekły bój / Że tu tysiące odniosło śmiertelne rany / Aby wokół was rozkwitło błogosławieństwo słońca.

Cmentarz wojenny nr 56 w Smerekowcu został ulokowany tuż przy drodze łączącej Smerekowiec z Gładyszowem. Spoczywa na nim 22 żołnierzy armii austro-węgierskiej i 1 Rosjanin. Przed wejściem zachował się oryginalny austriacki betonowy drogowskaz z numerem cmentarza. Na tablicy znajdującej się przy krzyżu w centralnej części cmentarza wyryto napis w języku niemieckim: Byliśmy oddechem milionów, którzy uratowali ojczyznę.

Cmentarz wojenny nr 62 w dawnej wsi Banica został zniszczony w 1993 roku, a następnie odbudowany w 2006 roku dzięki wiedzy i zaangażowaniu grupy studentów PWSZ w Krośnie. Na malowniczo położonym cmentarzu spoczywa 12 żołnierzy austro-węgierskich i 40 rosyjskich (głównie Kozaków).

Pozostałości dawnych wsi

W gruncie rzeczy smutny to jest widok. Kiedy na chwilę zapomni się o tym co tu i teraz, i wyobrazi sobie wieś, tętniącą życiem, pełną ludzi, śmiechu, łez, trudów, trosk wieś, której już nie ma, która znikła z powierzchni ziemi, wchłonięta przez naturę… chyba dopiero wtedy człowiek zaczyna czuć ducha tego miejsca. Łemkowszczyzny już nie ma. Podobnie jak nie ma świątyni, która stała jeszcze kilkadziesiąt lat temu po lewej, między drzewami. Dziś pozostała po niej tylko zardzewiała „cebulka”. Nie ma gospodarstw które wtedy zobaczylibyśmy pośrodku tego zdjęcia, nie ma żałobników, których spotkałabym w miejscu, z którego to zdjęcie zostało zrobione. Cudowne jest natomiast to, że są ludzie, którzy wrócili na te tereny. Dzieci i wnuki mieszkańców dawnych wsi. Oni kultywują dawne tradycje, rozmawiają po łemkowsku i przekazują swoje wartości kolejnym pokoleniom.

Weekend w Beskidzie Niskim. Dawna wieś Beniowa, ruina czasowni w Beniowej
Weekend w Beskidzie Niskim. Dawna wieś Beniowa, ruina czasowni w Beniowej
Weekend w Beskidzie Niskim. Dawna wieś Beniowa, pozostałości cmentarza

Coś dla ducha, coś dla ciała

Już od dawna obiecywałam Maćkowi, że zabiorę go na najlepszego pstrąga w tej części Polski. Jeśli myślicie, że najlepszego przyrządzają w bieszczadzkiej Terce, to znaczy, że nie jedliście tego z Folusza, z baru Pik, specjalizującego się w serwowaniu tej ryby na kilka różnych sposobów. Polecamy! A dodatkowo, gdybyście chcieli spróbować szczęścia i zaspokoić swoje atawistyczne popędy, to możecie złowić rybkę samodzielnie.

Wspaniały klimat Beskidu Niskiego tworzą nie tylko echa przeszłości i ludzie, którzy pamięć o przeszłości próbują zaszczepić w sercach i umysłach odwiedzających te tereny turystów. Beskid Niski to przede wszystkim przepiękne krajobrazy, czyste powietrze, sielskość polskiej wsi, spokój, cisza… Na tyle, na ile pozwalała nam Nadia i jej kolkowe bóle brzuszka, korzystaliśmy z tych dobrodziejstw pełnymi garściami. Potrafiliśmy robić kilkunastokilometrowe spacery z dzieckiem w wózku, w chuście lub na rękach i chętnie robilibyśmy dłuższe, gdyby nie jej problemy. Testowany przez nas wysokiej klasy wózek Cobra Plus niemieckiego producenta ABC Design (o którym wspominaliśmy już w zestawieniu wózków do biegania i jazdy na rolkach) sprawił, że spacery po zróżnicowanej nawierzchni były przyjemnością zarówno dla wożącego jak i wożonego. A kiedy Nadia znudzona była leżeniem na wznak, pakowałam ją do chusty.

Udowodniliśmy sobie tym wyjazdem, że wypady za miasto z niemowlakiem, choć są trudniejsze do zorganizowania, to równie przyjemne jak te bez dziecka. Pierwszy wspólny wyjazd za nami i już planujemy kolejne.

Ten wpis ma 31 komentarzy

  1. Twój wpis przypominał mi mój pierwszy wypad z córką. Ty pojechałaś w góry ja nad morze. A klimatu spacerów – szczególnie nocnych, lub póóóźno wieczornych – plażą, coby uśpić Dorotę nie zapomnę nigdy. Oprócz spacerów plażą, odkrywanie pozostałości po drugiej wojnie światowej gdzieś po lasach i innych wykrotach. Ahhhh – cudne wspomnienia.
    I pomyśleć, że minęło 18 lat …
    Góry przyszły nieco później 🙂 I tez była to łemkowszczyzna !

  2. Podróżnicy, świetnie! Myślę że mogłybyśmy znaleźć wspólny język 🙂 Choć moja biografia jest dużo uboższa w zdobywaniu świata i poznawaniu ludzi, ich historii i życia 😉 Pozdrawiam cieplutko 🙂

  3. Nigdy nie byłam w tej części Polski i zawsze wydawała mi się ona trochę nudna pod względem rzeczy do zobaczenia (oprócz pięknych widoków gór). Niesamowite ile jest tam fascynujących miejsc i historii. Podziwiam Was, że tak bez problemu ruszyliście z Małą i trzymam kciuki, żeby takich wyjazdów było jak najwięcej.

  4. Niezwykle urokliwe miejsce ten Beskid Niski 🙂 Niektóre zdjęcia wyglądają jakby były z innej epoki 🙂 . Maluszek bardzo dzielny 🙂 My wyjechaliśmy pierwszy raz kiedy Aura miała 5 tygodni 🙂

  5. Wydaje mi się ,że ten okres niemowlęcy ( wbrew temu co się czasem słyszy) to naprawdę dobry czas na wędrówki..Potem jak się wszystko rozpełźnie ,albo jak chce samo eksplorować świat na chwiejnych nóżkach 🙂 jest chyba nieco trudniej. Choć patrząc na Was i w tej sytuacji sobie pewno poradzicie.
    Beskid Niski uwielbiam jeszcze z czasów licealnych obozów wędrownych, magiczne miejsce. ( U Ciebie jak zwykle pięknie opisane ;)). Teraz mieszkam w miejscu które właśnie mi bardzo nasz Beskid przypomina choć jesteśmy w południowo-zachodnich Niemczech.

  6. Super relacja! Z jednej strony pokazujecie, że z dzieckiem można; z drugiej – nie skupiacie się na obsłudze dziecka, ale na miejscu, doświadczeniach, impresjach. I to paradoksalnie jeszcze bardziej pokazuje, że z dzieckiem można:) I zachęca do kilkudniowego wypadu!

  7. Piękne zdjęcia. Te na wpół zarośnięte stare cmentarze to niesamowity widok. Poza tym świetne są takie miejsca z duszą, a zarazem nie przyciągające tłumów turystów…

  8. Wyprawa piękna, też kocham Beskid, jednak wspomniany bar mijam z daleka. Ryba była taka sobie, bez cytryny, a obsługa w reakcji na moją uwagę odnośnie zachowania wędkarza (zabił pstrągi na oczach zgromadzonych nad stawem dzieci, co jest wyraźnie zabronione – a przynajmniej wtedy było) – powiedziałabym wprost – grubiańska.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *