skip to Main Content
Pociągiem Przez Europę Z Biletem Interrail. Dziennik Z Podróży

Stało się. Opuściłam dom, ukochanego nowo nabytego męża i ruszyłam w świat nie do końca wiedząc gdzie wyląduję. Zamierzam wrócić za miesiąc. W plecaku mam bilet uprawniający mnie do podróży koleją w większości państw europejskich. Poza nim mam jeszcze śpiwór, niezbędną odzież, kosmetyki, komórkę i laptopa. W głowie mam plan na najbliższy tydzień. Pozostałe trzy tygodnie będą się tworzyły na bieżąco. Chcę dojechać na zachodni koniec Europy, a potem jakoś wrócić. Niekoniecznie najkrótszą drogą.

Dzień 1

Rzeszów > Budapeszt > Lublana

Jeszcze się nie skończył poprzedni, a już zaczął kolejny.  22 godziny w podróży wywołały we mnie niekontrolowaną ignorancję względem dnia tygodnia. Pod koniec pojawiła się w głowie myśl „czy to jeszcze wczoraj, już dzisiaj, a może wręcz jutro?”.  I nadal nie jestem w stanie określić stanu w mojej głowie ani znaleźć odpowiedzi na tak postawione pytanie. Totalna zamotka. Z Rzeszowa wyjechałam o godzinie 1:30 pomiędzy poniedziałkiem a wtorkiem. Bus do Krakowa, potem kolejny do Budapesztu.

Główny dworzec w Budapeszcie zamknięty z powodu uchodźców koczujących tam i próbujących się przedostać do Austrii i innych krajów zachodnich,  na dworcu Kelenfoeld setki policjantów pilnujących, aby uchodźcy nie przedostawali się do pociągów. Część pociągów z dworca głównego została przesunięta na ten, przez co zamieszanie sięga zenitu. Cieszę się, że mimo wszystko udaje mi się wsiąść do pociągu do Lublany planowo.

W drodze towarzyszy mi zadbana Syryjka z 7-letnią córką. Jakoś udało im się dostać do pociągu. Szczegółów nie znam. Ani jedna, ani druga nie mówią po angielsku. Młoda jest jednak tak komunikatywna, że po 15 minutach zaskarbia sobie sympatię większości pasażerów. Żegnam się z nimi na dworcu w Lublanie i trzymam kciuki za powodzenie na dalszym etapie ich drogi.

Dzień 2

Lublana

Miasto, które rok temu nie zrobiło na nas żadnego wrażenia, dziś zaprezentowało mi się z zupełnie innej strony. We wrześniu ubiegłego roku, w drodze do Chorwacji wpadliśmy tutaj na chwilę, dosłownie, przejść się głównymi uliczkami. Było zimno i deszczowo. Oceniliśmy wtedy, że coś słaba ta Lublana, że nie ma po co tu wracać. Dziś okazało się, że to jedno z najbardziej uroczych miast, w których byłam, a na pewno najbardziej urocza stolica europejska. Brak tutaj przepychu i nadęcia, charakterystycznego dla innych miast pełniących tę funkcję, za to nie brakuje pozytywnie zakręconych ludzi, przyjemnych kawiarenek, zaułków, zaskakujących perełek architektury i sztuki. Temu miastu poświęcę osobny wpis po powrocie do Polski.

Interrail. Pociągiem przez Europę. Lublana

Dzień 3

Lublana > Innsbruck > Feldkirch

Główną atrakcją przewidzianą na ten dzień była pierwsza z tras widokowych, jakie planuję w trakcie mojej podróży przez Europę. Trasa Albergline, pomiędzy Innsbruckiem a Bludenz zachwyca górskimi krajobrazami, małymi miasteczkami z charakterystycznymi strzelistymi wieżami kościołów, ciągnącymi się w nieskończoność pastwiskami.

Wszystko to dane mi jednak było zobaczyć jedynie oczami wyobraźni. Wraz z przekroczeniem granicy słoweńsko – austriackiej, pogoda całkowicie się popsuła, a mniej więcej od Innsbrucka pułap chmur był tak niski, że nie sposób było dostrzec cokolwiek za oknem.  Jedynie przez moment udało mi się dostrzec zaśnieżone szczyty gór.

Dojechałam do małego miasteczka Feldkirch i tam, w schronisku turystycznym, zatrzymałam się na noc.

Dzień 4

Feldkirch > Zurich > Bazylea

Dalszą podróż zaczynam od spaceru po Feldkirch, dla odmiany bez deszczu kapiącego na głowę. W promieniach południowego słońca austriacka architektura miasta robi jeszcze przyjemne wrażenie. Z błyskiem podziwu w oczach i uśmiechem na ustach przechadzam się między kamienicami podziwiając stare freski na elewacjach i charakterystyczne zdobienia. Spacer po starówce nie trwa jednak długo. Wkrótce wsiadam w pociąg jadący do Zurichu, a następnie do Bazylei.

Czeka tam na mnie Ewa, autorka bloga Rusz w Podróż. To ona będzie moim przewodnikiem po tym przepięknym mieście i hostem za razem. Nie ma na co czekać. Tuż po moim przyjeździe na miejsce ruszamy w pieszą podróż po Bazylei.

Pociągiem po Europie, Bazylea

Dzień 5

Bazylea

Co robić w Bazylei, kiedy słońce zaszło, zrobiło się zimno i na domiar złego zaczął padać deszcz, ty nie masz przy sobie nic ciepłego? Muzeum papiernictwa! Co prawda bilet kosztuje 15 Franków szwajcarskich, czyli ponad 110 zł, ale po pierwsze – to jest Szwajcaria, tu wszystkie ceny są rodem z kosmosu, a po drugie – warto. Muszę przyznać, że choć od muzeów nie stronię i w trakcie moich podróży zawsze znajduję czas na wizytę w tych ciekawszych, to w takim miejscu jeszcze nie byłam. Całe muzeum zlokalizowane jest w oryginalnym młynie, dawnej wytwórni papieru i przypomina bardziej warsztat pracy z elementami wystawy między pracowniami. W większości aktywności zwiedzający mogą wziąć czynny udział, jedynie te bardziej niebezpieczne (np. związane z wysokimi temperaturami) są prezentowane na zasadzie pokazu przez pracowników muzeum. Muzeum podzielone jest tematycznie piętrami. Pierwsze piętro poświęcone jest wytwarzaniu i historii papieru na całym świecie. Drugie – historii i technikom druku. Trzecie – piśmiennictwu i kaligrafii. Przy okazji świetnej zabawy, można się tam wiele nauczyć.

Dzień 6

Bazylea

Ten dzień był rewanżem ze strony Matki Natury za faux pas, które popełniła poprzedniego. Prawie cały dzień spędziłam z moją przewodniczką na włóczeniu się po mieście. Czy mówiłam już, że Bazylea jest piękna? Zobaczyłyśmy dwie bramy miejskie i najstarszą część miasta z pięknymi kamienicami, ruchomą fontannę zbudowaną na miejscu starego teatru z części, które pozostały po jego rozbiórce, weszłyśmy do prywatnego kościoła, który każdy może sobie wynająć w dowolnym celu, widziałyśmy sklep z zabytkowymi zabawkami, w którym można kupić pluszaka za, bagatelka… równowartość 1600 zł. Ot, Bazylea.

Dzień 7

Bazylea > Zurich > Chur > Disentis > Andermatt > Brig > Lozanna

Jechałam trasą legendarnego Gracier Expressu – swego czasu najbardziej ekskluzywnego pociągu Szwajcarii, dowożącego pasażerów do ośrodków narciarskich, dostępnego tylko dla nielicznych. Dziś trasą Glacier Expressu może przejechać się każdy, za odpowiednią (nie najniższą) opłatą. Główną atrakcją są widoczne jęzory lodowców, wychodzące spomiędzy szczytów Alp, oraz malowniczo położone alpejskie wioski. O tym pociągu będę pisać szerzej po powrocie.

Glacier Express

Dzień 8

Lozanna

Pierwsza myśl, która pojawiła się rano po przekroczeniu drzwi hostelu, towarzyszyła mi już do końca dnia. Umacniała się i rosła w siłę. Tu musiała być kręcona jakaś komedia romantyczna, pewnie niejedna. To miejsce nadaje się idealnie. Te budynki, zaułki, balkoniki, markizki, ozdóbki, ta wszechobecna francuskość… wprost idealne miejsce na lekki film z Julią Roberts i Jackiem Nicholsonem. Tu jest zupełnie inaczej niż we wschodniej, germańskiej Szwajcarii. Tu w powietrzu czuć lekkość i ulotność chwil. I Jezioro Genewskie… mogłabym tam siedzieć godzinami i obserwować jak z upływem dnia góry otaczające je zyskują nowe kolory i plastykę.

Pociągiem przez Europę z biletem Interrail. Lozanna

Dzień 9

Lozanna > Genewa> Lion > Barcelona

TGV, TGV, będę jechać TGV… naprawdę byłam podekscytowana tym wydarzeniem. Być może za bardzo się nastawiałam, a być może wcale nie ma się czym emocjonować. Ot, pociąg jakich wiele. Trzeba przyznać, fotele są bardzo komfortowe i bez narażania na niewygodę pasażera z tyłu można je rozłożyć do pozycji półleżącej (tak sprytnie są skonstruowane), osiąga dość duże prędkości, ale siedząc w środku nie czuje się tego. Kolokwialnie mówiąc, nie wciska w siedzenie.

Po wyjściu z pociągu stwierdziłam jednak, że nie było to nic wielkiego.

Dla równowagi, zaraz potem wsiadłam w totalnie rozklekotany pociąg lokalny przypominający nasze „osobówki”. Tak, musiałam trochę pokombinować, aby uniknąć kolejnych dopłat do mojego biletu InterRail – poszukać odpowiedniej kombinacji regionalnych połączeń będących alternatywą dla tych międzynarodowych. Zaoszczędziłam dzięki temu kilkadziesiąt Euro, ale straciłam mnóstwo czasu. W Barcelonie byłam późnym wieczorem.

Swoją drogą to niesamowite, jak mała wydaje się być Europa. Rano byłam w Szwajcarii, lunch jadłam we Francji, a spać poszłam w Hiszpanii.

Podróż po Europie z biletem Interrail - widok z pociągu

Dzień 10, 11, 12, 13

Barcelona

Spędziłam tam znacznie więcej czasu niż planowałam, a i tak wyjechałam z niedosytem. W Barcelonie można spędzić tydzień, wydać fortunę i ciągle chcieć więcej. Unikatowość Barcelona zawdzięcza Gaudiemu, który, choć niedoceniany za życia, stał się wizytówką tego miasta, a jego dzieła największą jego wartością i atrakcją turystyczną. Ciągle nie mieści mi się w głowie, jak utalentowanym trzeba być, aby aż tak mocno wybiegać poza swoją epokę, a nawet bardziej. Te budynki są niesamowicie futurystyczne nawet jak na nasze czasy. Ale Barcelona to nie tylko Gaudi. To także urzekająca dzielnica gotycka, przepiękny deptak La Rambla, promenada, Plac Hiszpański z usytuowanym tuż obok pałacem. Nie zobaczyłam wszystkiego, co warte jest zobaczenia. Nie zobaczyłam nawet połowy. Ale to co widziałam, pozwala mi sądzić, że w Europie nie ma drugiego takiego miasta. Nie ma nawet podobnego. Barcelona jest absolutnie jedyna w swoim rodzaju.

Z żalem opuszczałam to miasto oraz moich gospodarzy w niedzielę późnym popołudniem. Ale jednocześnie zjadała mnie ciekawość tego co czeka mnie na kolejnym etapie podróży.

Zaczęło się od kontroli bagażu… wiecie, że w Hiszpanii są pociągi, na które odprawa wygląda dokładnie tak jak na lotniskach? Kontrola dokumentów, prześwietlanie bagaży, dwie bramki do pokonania i oddzielne zejście na konkretny peron. Pociągi AVE są równie szybkie, co francuskie TGV, ale bardziej komfortowe. Każdy pasażer ma swoje gniazdko elektryczne i na dzień dobry otrzymuje słuchawki. Po co? Bo pod sufitem są podwieszone monitory, na których wyświetlane są filmy. Przy siedzeniach są wyjścia słuchawkowe. Na jednym kanale puszczana jest ścieżka dźwiękowa z filmu, na innych muzyka. W takich warunkach jechałam do Madrytu, aby przesiąść się tam na słynny nocny pociąg do Lizbony.

Dzień 14, 15, 16

Lizbona

Dotarłam na koniec Europy! I choć nie zobaczyłam oceanu, to i tak czuję się jak kolejowy zdobywca Bieguna Zachodniego, Królestwa Bacalhau.

Skorzystałam z planu zwiedzania Lizbony, przygotowanego przez Kasię i Marka, autorów bloga Agua de Coco, którzy od ponad roku mieszkają i pracują w tym uroczym mieście, odkrywając jego zakamarki i tajemnice. Ich plan wzbogaciłam jedynie o cmentarz w Lizbonie, który dla mieszkańca środkowo-wschodniej Europy jest co najmniej zaskakujący.

Ciąg dalszy się tworzy…

Ten wpis ma 4 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Back To Top